Drobny reading response. Dana Thomas: „Luksus. Dlaczego stracił blask.”

MARIAN! Tu jest jakby… Dobra, lepiej odpuśćmy sobie toksyczne odpady popkultury PRL-u. To, że cytat zgrywa się z tematem, jeszcze nie znaczy, że mogę go sobie wszędzie wklejać jako ludyczną ilustrację. Szanujmy się. Będzie poważnie. Albo coś w tym stylu.

 O książce Dany Thomas dowiedziałam się, czytając blog Joanny Glogazy , jakoś w początkowych tygodniach covidu, kiedy to czas pomiędzy piżama party na Teamsach, potocznie zwanych wykładami online, spędzałam, przegrzebując internet w poszukiwaniu informacji o slow fashion. Autorka przywołuje ją trochę jako kontekst, trochę jako źródło, chyba nawet trochę jako inspirację dla swojego artykułu o tytułowym właśnie luksusie.

No dobrze, ale czym w ogóle jest luksus?

Sama nie jestem pewna, jak na to pytanie odpowiedzieć. Mogę na wyczucie spróbować tak: to coś, co nie jest łatwo dostępne, ale za to drogie i dobrej jakości. Ale to tylko pierwsza myśl. Joanna Glogaza w swojej definicji ujęła takie punkty: dopasowanie, „experience”, autentyczność, odpowiedzialność, nowe technologie/funkcjonalność. Czemu nie. Marc Jacobs w pierwszym rozdziale książki wypowiada swój punkt widzenia na tę sprawę: „Nie uważam, by luksus zależał od takiego czy innego materiału albo od ilości złotych ozdób. To przebrzmiała definicja. Według mnie luksus polega na robieniu tego, co nam samym sprawia przyjemność, nie na ubieraniu się na pokaz”. Trudno się nie zgodzić, ale czegoś mi brakuje.

Sięgnijmy po pomoc słownika. Wielki słownik języka polskiego wskazuje na „znakomite warunki życia, znacznie lepsze od tych, w których żyje większość ludzi”. Mając na uwadze słowa Jacobsa, jak mi się wydaje, owe warunki rozumieć można dwójnajsub (optymistycznie albo pe-pesymistycznie): jako rzeczy materialne, którymi się otaczamy, albo naszą relację ze środowiskiem życia, która ułatwia nam bądź utrudnia podejmowanie pewnych decyzji. A przecież pewne rzeczy robi się na pokaz. Bądźmy szczerzy, taki na przykład strój może zostać odczytany jako ostentacyjny papierek lakmusowy statusu społecznego i osobowości, i nawet najzacieklejsi nonkonformiści coś nim manifestują. Nawet obojętność względem mody.

 Luksus. Dlaczego stracił blask. A w ogóle stracił?

Cóż, to jest moment, w którym możemy przypomnieć sobie, ileż to razy wpadła nam w ręce chińska tandeta. Kiedyś to było. Teraz na niemalże każdym produkcie (włączając w to rękodzielnicze pamiątki z Zakopanego) widzimy odciśnięte piętno MADE IN CHINA. (Na ubraniach niewolnicze IN BANGLADESH, ale o tym kiedy indziej). Jasne, mamy lata 20., fala pierwszego plastikowego szoku z Azji już dawno za nami, ale chińszczyzna wisi w przestrzeni kapitalistycznego mempleksu i nie daje się odgonić.

Oczywiście, nie tylko o ową „chińską tandetę” u Dany Thomas idzie, a o cały proces zmian, które zaszły na rynku… dóbr luksusowych. Każdy może mieć torebkę znanej marki, wcale nie taką drogą, jak jej najnowsza kolekcja (Bo jesteś tego warta).

 Okładka

Książkę tę trudno było mi ocenić po okładce – ta, w moim rozumieniu, kompletnie na nic nie wskazuje. Bordowe tło, na nim subtelnie umieszczone nazwy wyniosłych marek. Tytuł niegdyś zapewne błyszczący – na egzemplarzu bibliotecznym, o ironio, wytarte słowo „luksus” (a może tak właśnie miało być?). Owszem, elegancka kompozycja, ale cóż poza tym? Będziemy mówić o luksusie, woła dystyngowanym głosem. Ale po co, jak, dlaczego?

W internecie nie znalazłam wielu interesujących recenzji, czy chociaż notatek, odnośnie do Luksusu… Ot, kilka zdań o tytułowym pojęciu, zrozumieniu fenomenu i ubraniach. To wszystko prawda. Teraz myślę sobie, że może w tym zawiera się esencja i nie ma powodu, by temat rozwijać. Że trzeba po prostu przeczytać. Ale spokojnie, nie zakończę tak tanim zabiegiem retorycznym.

Metryczki na stronach księgarni klasyfikują tę pozycję do kategorii nauk humanistycznych: socjologii, filozofii i psychologii. Niewątpliwie, ten trzystustronicowy reportaż nosi znamiona każdej z nich. Po lekturze pozostaje we mnie uczucie, że percypowałam historię sprytnego marketingu (czyli dziedziny korzystającej z dorobku tych trzech). Dobra luksusowe – niegdyś (czyli kiedy? sto lat temu? pięćdziesiąt?) mierzone jakością materiału i wykonania, dziś sposobem ich przedstawienia. A może i sposób przedstawienia nie różnił się niczym w owym boomersko brzmiącym „niegdyś”.

 Kilka refleksji

Nie ma szczytnych idei w relatywnie niedrogich szminkach Chanel ani torebkach Louis Vuitton, za to jest spory zysk czerpany z podbudowywania poczucia własnej wartości przez ludzi zaliczających się do klasy średniej. Nieważne, że lepsze samopoczucie z powodu pieniędzy wydanych na rzecz równie wyrafinowaną, co niepotrzebną, to tylko chwilowa iluzja. A, no tak, dochód właściciela marki jest jak najbardziej rzeczywisty.

Molochy odzieżowe wypuszczają co jakiś czas kolekcje rozpoznawanych projektantów, ale jakiego wykonania powinniśmy się spodziewać? Nawet jeśli jedwabna sukienka z H&M przetrwa dłużej niż dwa wyjścia, mało prawdopodobne, że wyjdziemy ze sklepu tylko z nią. Zawsze do koszyka wpadnie a to T-shirt, a to bransoletka, a to skarpetki. Na promocji. Grzech nie kupić.

Lokowanie produktu nie jest nowym wynalazkiem spod znaku komedii pełnych Tomasza Karolaka. Autorem stylu Audrey Hepburn był Hubert de Givenchy, i mówimy tu  także o kostiumach filmowych. Gwiazda nosząca jego ubrania. Bajeczny mechanizm promocyjny, stojący u podstaw (prawie) każdej reklamy Apartu.

Wygląda na to, że luksus to po prostu niezwykle skuteczna strategia marketingowa.

 

 

Drogi Czytelniku! Dziękujemy, że do nas zaglądasz:)  Jeśli podoba Ci się PieknaDziewczyna.pl, wesprzyj nas!

Wspieram

 

 

 

Tagi związane z artykułem
, , , , , ,
Napisane przez
Więcej od Dominika Paluch

W starym kinie. „Holenderski w siedmiu lekcjach”

Jesień (szczególnie okraszona covidową niepewnością, usilnie wypieraną z pozycji człowieka siedzącego w szafie eskapizmu)...
Czytaj więcej

2 komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *