Nie ma „niedasię”…

Andrzej Bargiel zjechał na nartach z K2. Bo nie uwierzył, że się nie da. Bo góra tam jest (tak odpowiedział Mallory natrętnemu dziennikarzowi, wypytującemu: „Po co pan chce włazić na ten Everest?” – „Because it’s there”).
Szymon Kuczyński samotnie oplynął świat dookoła na siedmiometrowej łodzi żaglowej, bez silnika, bez zawijania do portów po drodze. Pierwszą łódź zbudował ze swoją dziewczyną w kawalerce w Warszawie.
Patrycja Bereznowska przebiegła 401 kilometrów w 48 godzin podczas ultramaratonu w Atenach. Bo czemu nie.

Bardzo lubię przebywać w towarzystwie ludzi, którzy nie wierzą w „niedasię”.

Nie wszyscy są sportowcami czy podróżnikami. Mam na przykład kilkoro znajomych natchnionych naukowców, w tym dwukrotnego stypendystę Fulbrighte’a. I ojca rodziny, który własnymi rękami zbudował dom, ucząc się murarki (i innych prac budowlanych) od podstaw. I matkę chorego dziecka, które dzięki jej determinacji chodzi i mówi, choć miało leżeć bezwładnie. I tak dalej.
Patrzę sobie na nich, kibicuję. Widzę też te mniej spektakularne dni, widzę porażki, zmęczenie, czasem słucham szlochu w słuchawce. Następnego dnia dostaję sms „Dzięki, już lepiej. Idę dalej”. Smarki przełknąć, biegiem marsz.
Uczę się ciągle tej determinacji i wytrwałości, sama z natury mam zapał jętki jednodniówki i niezły PR, który sugeruje „umiem, ale nie chcę”. Jednak osiągi tych różnych moich kochanych wariatów bardzo mnie mobilizują – i może z K2 na nartach zjeżdżać nie będę, ale na skitoury się wybiorę. Ultramaraton niekoniecznie, ale kolejny kilometr truchtu dam radę. Nie umiem, ale chcę. Nauczę się.

Myślę, że to naprawdę niezwykle ważne –

otaczać się ludźmi, którzy swoje wielkie cele po pierwsze mają, a po drugie do nich dążą. I brać z nich przykład! Nie wystarczy żyć w miłym mniemaniu „mogę wszystko”. Możesz? Świetnie, to zrób cokolwiek. Rozglądam się czasem wokół i widzę bardzo wielu ludzi, którzy zaczynają siwieć, ale nadal się świetnie zapowiadają. Taka może trochę specyfika naszych czasów, tych wszystkich seansów motywacyjnych i kursów wiary w siebie. To prawda, że nawet nie masz pojęcia, ile jesteś w stanie osiągnąć, ale tak samo prawdziwy jest wycisk, docisk, rozczarowania, błędy i wszystko inne, co spotyka każdego, kto ruszy tyłek i zacznie działać. Prawdziwa jest też przemiana charakteru, która następuje w trakcie.

Dlatego bardzo bym chciała, żebyś znalazła sobie cel czy marzenie. Wielki, podzielony na mniejsze etapy. I żebyś już dzisiaj, nie wierząc w „niedasię”, zaczęła nad nim pracować. Pan Bóg kocha wariatów.

Tagi związane z artykułem
, , ,
Napisane przez
Więcej od Marcelina Metera

Sens zimy i inne opowieści

Przez długie lata rytualnie narzekałam na zimę: że ciemno, że mokro, że...
Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *