O edukacji domowej

Edukacja domowa staje się ostatnio dość popularna. Może nawet wśród swoich znajomych masz kogoś, kto uczy się w ten sposób, czyli realizuje obowiązek szkolny…poza szkołą. Jednak to określenie nie oddaje do końca jej specyfiki. Edukacja domowa bowiem to coś więcej, to pewien, ceniony przez niektórych, styl życia.

Przeprowadziłam jakiś czas temu wywiad z Emilią Budajczak. Emilia i jej brat Paweł jako pierwsi w Polsce uczyli się poza szkołą i przeszli tym trybem wszystkie etapy nauczania. Dziś są już dorosłymi, świetnie radzącymi sobie w życiu ludźmi. Zapraszam do lektury wywiadu.

 

Chciałabym na początek poprosić, byś podzieliła się wrażeniami z początków edukacji domowej w Waszej Rodzinie. Jak w ogóle doszło do tej decyzji?

Szczerze przyznam, że już dobrze nie pamiętam tych początków, w końcu to już ponad 20 lat. Mój ojciec, który jest pracownikiem Wydziału Studiów Edukacyjnych na UAM w Poznaniu, z racji swojego zawodu odkrył taką możliwość edukacyjną i zaproponował ją całej naszej rodzinie. Brat zdecydował się od razu, natomiast moja mama i ja miałyśmy pewne wątpliwości. Wykonaliśmy jednak ten krok, który być może był małym dla człowieka, ale wielkim dla ludzkości … albo jakoś tak ☺. Dziś natomiast wiem, że nie mogłabym wyobrazić sobie lepszej drogi edukacyjnej niż ta właśnie, którą wybraliśmy te kilkanaście lat temu.

Z pewnością dla wszystkich będzie ciekawe dowiedzieć się, jak wyglądała Wasza codzienność. Czy  mieliście jakiś plan dnia?

Mieliśmy plan, ale trzymaliśmy się go raczej z grubsza. Lekcje zaczynaliśmy o 9-tej, około 13-tej mieliśmy dwugodzinną „sjestę”, a później był czas na lżejsze zajęcia. Oczywiście długość lekcji zależała od zagadnienia, którym się akurat zajmowaliśmy. Czasami wystarczało pół godziny, ale zdarzało się, że musieliśmy wałkować dany temat (np. z fizyki☺) nawet półtorej godziny. Przedmioty humanistyczne mieliśmy z mamą, a ścisłe z tatą, ale bywało także na odwrót. Poza tym uczyliśmy się też gry na keyboardzie. Uczyła nas była wychowawczyni mojego brata, Pawła, pani Irka. Jeździliśmy także dwa, w porywach trzy, razy w tygodniu na basen, gdzie prowadził nas były nauczyciel wf-u naszej mamy, pan Marian.

Jakie chwile najmilej wspominasz ?

Nie potrafię chyba wybrać tych najmilszych wspomnień, ponieważ w edukacji domowej wszystkie „chwile” są miłe. Z pewnością można do nich zaliczyć lekcje historii sztuki w muzeach lub biologii w lesie, w trakcie zbierania grzybów. Do tego chemia podczas gotowania obiadu oraz geografia wraz z historią podczas zwiedzania Wenecji, Florencji, Rzymu czy Pompejów.

Jakie przedmioty sprawiały Ci największą radość, a jakie trudność?

Najbardziej lubiłam język polski i historię. Język polski w praktyce (to znaczy czytanie, zawsze i wszędzie, również z latarką pod kołdrą), mniej w teorii. Do tej pory pamiętam, jak razem z bratem uczyliśmy się fragmentu z „Romea i Julii”, a dokładniej mówiąc, sceny balkonowej, którą potem odgrywaliśmy przed rodziną i znajomymi. Historia to przede wszystkim „podręczniki” z serii „Strrraszna Historia” oraz George Macaulay Trevelyan i jego„Historia Anglii” (nade wszystko zaś okresy panowania Henryka VIII i Elżbiety I). Poza tym przepadałam za matematyką i chemią. Problemem dla mnie natomiast była fizyka. I nie chodzi o to, że sprawiało mi jakieś wielkie trudności zrozumienie jej, po prostu za nią nie przepadałam, a podejrzewam, że z wzajemnością ☺.

Pisałaś kiedyś, że uczyłaś się języka migowego. Co Cię do tego zachęciło? Jak wyglądała ta nauka?

Tak naprawdę to zaczęliśmy się uczyć wszyscy, całą naszą rodziną, ale w końcu na polu bitwy zostałam tylko ja. Za moich czasów, kiedy nie było jeszcze Internetu i komórek, a muzyki słuchało się z walkman’a, uczyliśmy się z książek ☺. Mieliśmy takowe dwie: Pana Bogdana Szczepankowskiego „Podstawy języka migowego” oraz Pana Włodzimierza Pietrzaka „Język migowy dla pedagogów”. Najpierw uczyłam się alfabetu migowego (lub palcowego), by móc literować nazwy własne, a potem wbijałam sobie do głowy kolejne ideogramy, czyli znaki oznaczające całe wyrazy, a nie tylko pojedyncze litery.

Jakie były Twoje ulubione książki?

Kiedyś zastanawiałam się nad tą kwestią i dotarło do mnie, że zasadniczo jestem czytelniczką „feministyczną”. Jedną z pierwszych książek, które przeczytałam, były „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren, a potem inne tejże autorki od „Pippi Pończoszanki” przez „Karlssona z Dachu”, po „Lottę z ulicy Awanturników”. Kolejną autorką, którą pamiętam z dzieciństwa, jest Edith Nesbith i jej „Pięcioro dzieci i coś”. Następnie idzie Frances Eliza Hodgson Burnett ze swym „Tajemniczym ogrodem” oraz „Małą księżniczką”. Kolejną ważną dla mnie pisarką była Lucy Maud Montgomery i jej „Ania z Zielonego Wzgórza” oraz „Emilka ze Srebrnego Nowiu” (milsza memu sercu, niech mi wybaczą miłośnicy Ani, z wiadomych względów), a także wiele innych. Jane Austen – choć jej książki przeczytałam stosunkowo niedawno, również należy do moich ulubionych autorek. Oczywiście nie może zabraknąć na tej liście jednej z moich najukochańszych pisarek  – „Królowej kryminału” – Agathy Christie. I na koniec autorka, do której książek wracam mniej więcej co rok, co nie jest takie proste, zważywszy, że cykl jej powieści liczy już 19 tomów (mam nadzieję, że nie zostanę posądzona przez to o regionalny nacjonalizm☺), nasza kochana poznanianka: Małgorzata Musierowicz ze swoją „Jeżycjadą”. I jeszcze, żeby nie myśleli, że nie umieją pisać, kilku panów, których nie wypada nie wspomnieć: C. S. Lewis („Opowieści z Narnii”), Mark Twain  („Tomek Sawyer”, „Huckleberry Finn” oraz „Książę i żebrak”), Charles Dickens („Opowieść wigilijna”), Arthur Conan  Doyle („Sherlock Holmes”), Raymond Chandler z cyklem powieści kryminalnych, których bohaterem jest prywatny detektyw, Philip Marlowe oraz Maciej Słomczyński, nasz polski autor kryminałów, piszący pod pseudonimem Joe Alex.

Kto jest Twoim ulubionym malarzem?

Tak naprawdę to lubię wielu malarzy, a wszyscy oni należeli do powiązanych ze sobą, w bliższym lub dalszym stopniu, artystycznych ruchów. Przede wszystkim są to Prerafaelici i osoby nawiązujące do ich stylu: John Everett Millais, Dante Gabriel Rossetti, Edward Burne-Jones, Laurence Alma Tadema, John William Waterhouse i lord Frederic Leighton. Symboliści i malarze secesyjni także wpisywali się w ten klimat. Tu mogę wskazać Gustave’a Moreau, Alfonsa Muchę i Gustava Klimta. Jednak gdybym miała wybrać tylko jednego, będzie to Caspar David Friedrich – autor mojego ukochanego obrazu: „Podróżnik po morzu chmur”.

Jaka jest Twoja ulubiona potrawa?

Jakiś czas temu rozmawiałam na ten temat z moim kuzynem (Tymoteusz, lat 8) i stwierdziliśmy zgodnie, że takim daniem jest nasza wielkopolska, piątkowa potrawa, a mianowicie: „Pyry z gziką” (albo „z gzikiem”). „Pyry” to oczywiście ziemniaki, natomiast „gzika” lub „gzik”, to biały ser ze śmietanką (można dodać drobno pokrojoną cebulkę bądź szczypiorek lub też – to już wiosenna wersja wymyślona przez Tymka i przeze mnie – z pokrojonymi w kosteczkę rzodkiewką, ogórkiem oraz zielonym koperkiem). W naszej rodzinie podajemy do tego jeszcze czystą zupę pomidorową. Niebo w gębie!

I ostatnie pytanie – co robisz obecnie?

Parę lat temu założyłam firmę „Centrum Edukacji Domowej”; w jej ramach uczę dzieci języka angielskiego, a także pomagam w innych problemach szkolnych. Mam uczniów zarówno z sąsiedztwa, jak i mających ze mną kontakt przez Skype’a. Prowadzę też – w ramach wolontariatu – edukację wprowadzającą dzieci w tradycyjny „kanon kulturowy” obejmujący ważne dzieła sztuki, literatury oraz maksymy filozofii. Współpracuję też z Fundacją Instytut Educatio Domestica służącą dobru edukacji domowej.

 Bardzo dziękuję za rozmowę.

Tagi związane z artykułem
, ,
Więcej od Magdalena Głażewska

Prosto w oczy

Przed chwilą wyszła ode mnie znajoma. Rozmawiałyśmy dwie godziny – choć może...
Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *