O dużych i małych marzeniach. Rozmowa z Martą Piasecką.

Jesteś znaną dziennikarką radiową i telewizyjną, żoną i mamą dwóch córeczek – kobietą spełnioną i szczęśliwą. Jak znajdujesz na to wszystko czas? Z jakimi problemami zetknie się dziewczyna, która będzie chciała połączyć macierzyństwo z pracą? To pytanie wielu mam. U mnie priorytetem jest wychowanie córeczek, więc kiedy jest za dużo pracy, to po prostu daję sobie czas. Bóg tak pokierował, że moi pracodawcy mi w tym pomagają, a moje dyżury w radiu i telewizji najczęściej nie trwają długo. Często mogę przygotować się do nich w domu. Mam też wsparcie w rodzinie, szczególnie ze strony mojej mamy. To ona nauczyła mnie pracowitości i miłości do dzieci, teraz mi pomaga przy swoich wnuczkach. Ponadto moje dziewczynki lubią chodzić do żłobka i przedszkola. Myślę, że bez takiego wsparcia nie mogłabym pracować. Bo ważne jest, żeby nie uciekały nam priorytety, aby życie w domu było na pierwszym miejscu.   O czym marzyła 18-letnia Marta? Które z Twoich marzeń się spełniło? Czy od początku wiedziałaś, czym chcesz się w życiu zajmować? Skąd pomysł na dziennikarstwo? Jako typowa mała dziewczynka chciałam być aktorką i piosenkarką. Pewnie trochę miał na to wpływ tata, który jest wodzirejem. Bez wątpienia wiele wspólnego z moimi marzeniami miał właśnie on. Kiedy miałam 7 lat, bardzo chciałam się dostać do szkoły muzycznej. Mama bała się, że to trudny i niewdzięczny zawód, ale ja kochałam muzykę i miałam „wielkie marzenia”. Uparłam się, bo wiedziałam, że chcę śpiewać i grać na gitarze. Szkoły muzycznej nie ukończyłam, bo bardzo chorowałam jako dziecko, ale marzenia zostały. Po latach pojawił się racjonalizm i myśli: co mogę zrobić z tą miłością do muzyki i ekranu, skoro choroba zatrzymała moje plany? Wtedy włączyłam telewizję i pomyślałam, że mogę być dziennikarzem muzycznym I od tej pory dążyłam do tego, żeby trafić do telewizji. Idąc na studia kierowałam się też wiarą, bo trafiłam na UKSW, gdzie dziennikarstwo było specjalnością, a studia były na wydziale teologicznym. Jestem więc teologiem. Teraz Marek Sierocki, jeden z tych dziennikarzy, którzy byli moją inspiracją, jest moim kolegą redakcyjnym. Okazało się, że droga – ta bardziej racjonalna – była dla mnie tą odpowiednią. Część z moich marzeń się nie spełniła, ale wiem, że ścieżka, na którą trafiłam, jest najlepsza z możliwych. Wracając do marzeń – zawsze chciałam mieć męża i dzieci. I to najważniejsze marzenie się spełniło.   Czy byłaś świadoma swoich talentów, co pomogło Ci je odkryć? Co do talentów muzycznych, to do tej pory nie wiem, czy je mam. Wiem, że mam słuch muzyczny i staram się nie fałszować. Jeśli chodzi o umiejętności, dotyczące występowania na wizji i antenie, to początki były trudne. Przy pierwszych próbach kamerowych ze stresu nie umiałam złapać oddechu. W dodatku mam dysleksję, więc często myliłam się i jąkałam. Po drodze dużą rolę odegrał Bronisław Wildstein, z którym przez 5 lat miałam zaszczyt pracować. Wszyscy w redakcji patrzyliśmy na niego z podziwem. Traktujemy go jako wzór dziennikarza: obiektywny, konkretny, inteligentny, mądry, ale przede wszystkim uczciwy. Mam też ideę, która mi przyświeca od wielu lat: dzięki wspaniałym ludziom, których spotykam na swojej drodze, staram się pracować nad tym, by – kiedy przekazuję widzom czy słuchaczom informacje – być im bliską osobą. Zawsze, kiedy mówię do kamery, wyobrażam, sobie, że po drugiej stronie siedzi ktoś, z herbatą w ręku, kto chce spędzić ze mną swój wolny czas. Ja mam mu coś opowiedzieć, przekazać, nie czytać i odtwarzać informacje. Więc talent sam w sobie nie wystarczy. Czasami trzeba talent wypracować.   Jesteś młodą żoną. Co daje małżeństwo kobiecie? Wiele trudów, ale wiele też nadziei i radości z przezwyciężenia różnic. Kiedyś w trudnej chwili wyobraziłam sobie, że małżeństwo jest jak wspinaczka w Himalajach: im wyżej jesteś ze swoim partnerem, tym jest trudniej. Wiele razy upadasz, a wtedy możesz partnera pociągnąć za sobą w przepaść. Ale jeśli uda Ci się wrócić na szlak, to stajesz się silniejsza o nowe doświadczenia. W wyższych partiach często brakuje tlenu, nie ma czym oddychać, robi się coraz ciężej, ale jest bliżej nieba, a widoki z każdym krokiem są piękniejsze. Im więcej przezwyciężysz, tym większa jest radość z osiągnięcia kolejnego etapu. Tak jest z małżeństwem.  
Skąd wiedziałaś, że właśnie ten mężczyzna będzie Twoim mężem? Od momentu, w którym zaczęliśmy się spotykać, do naszego ślubu minął rok. Janek oświadczył mi się po pół roku znajomości. Wszyscy nam mówili: szaleństwo! Ale oboje wiedzieliśmy, że mamy te same wartości i w najważniejszych kwestiach patrzymy w tym samym kierunku. A najważniejsze, że ufamy Bogu. Mój Janek też jest takim mężczyzną, który wie, czego chce i jest uparty. Ja wtedy też wiedziałam, także przed ołtarzem nie mieliśmy wątpliwości. Chcieliśmy założyć rodzinę, postanowiliśmy nie czekać, nie sprawdzać, bo człowiek nie jest w stanie przewidzieć swoich losów. Później, kiedy już zawarty jest sakrament, liczy się to, żeby każdy z małżonków chciał nad sobą pracować i kochać drugą osobę mimo wszystko, a nie za coś.  
Jesteś młodą mamą – dziś raczej odsuwa się decyzję o dziecku, a na macierzyństwo patrzy się jak na przeszkodę w realizacji planów, wszystko zdaje się być ważniejsze i ciekawsze. Czy od zawsze wiedziałaś, że chcesz być mamą, czy też to pragnienie przyszło z czasem? Od zawsze wiedziałam, że chcę mieć dzieci. Kiedy byłam nastolatką, latałam za dzieciakami z rodziny i zawsze byłam nianią na imprezach rodzinnych. Więc po ślubie po prostu czekaliśmy na dzieciątko. Stwierdziliśmy, że jak Bóg da, tak przyjdzie do nas. I Zosia pojawiła się kilka miesięcy po tym, jak zostałam zatrudniona w TVP i Teleexpressie – programie, o którym marzyłam. Więc kiedy moja kariera nabierała rozpędu, ja skupiłam się na rodzinie. Potem miałam dwuletnią przerwę, z czego się cieszę do tej pory i nigdy tego nie żałowałam. Z Hanią było podobnie. W drugiej ciąży musiałam szybko zrezygnować z pracy, bo źle się czułam, ale za nic nie oddałabym chwil spędzonych z dziećmi. Moi szefowie dali mi komfort urlopu macierzyńskiego. A ja miałam wszystko, o czym marzyłam, będąc małą dziewczynką: pełną, kochającą rodzinę. Patrząc na wszystko z boku: oczywiście ważna jest praca, rozwój, realizacja zawodowych postanowień... Ale to dzieci dają największy rozwój dorosłym. Bo rodzina jest warta każdego poświęcenia.   Odważnie sprzeciwiałaś się czarnemu protestowi, za co spotkała Cię fala hejtu. Nie żałujesz? Dlaczego stanęłaś po stronie życia? Co można powiedzieć dziewczynom, stojącym po drugiej stronie? Nie nazwałabym tego odwagą. Nie możemy bać się wyrażać swoich poglądów, jeśli robimy to w sposób, który okazuje innym szacunek. Patrzę na wielu rodziców, którzy boją się powiedzieć, że są za życiem. Uważam, że to straszne, że muszą się obawiać tego, że bronią podstawowego prawa każdego z nas. Że bronią tych, którzy nie mogą sami się bronić! Straszne jest to, że obrona życia to jest teraz akt odwagi. Nie powinno tak być. Uważam, że z miłością można przekazać drugiemu człowiekowi swoje poglądy. Tak próbowałam zrobić. Opublikowałam swoje zdjęcie w ciąży i podpisałam je, że jestem za życiem. Dostałam wiele gróźb, przeraziło mnie to, z jaką nienawiścią musimy spotkać się: ja i moje dziecko. Kilka lat później, przy okazji kolejnych czarnych protestów, rozwinęłyśmy z dziewczynami akcję #niestrajkuje. Chodziło w niej o to, żeby nikt nie bał się powiedzieć swojego zdania. Chciałyśmy sprawić, by dziewczyny, które ze strachu milczały, w końcu przemówiły. Aby w tej rozmowie społecznej nie zabrakło wzajemnego szacunku, bo debata tak zwanego „Strajku Kobiet” oparta była na przemocy i agresji. Osoby, które szerzą hejt w sieci, uważam za bardzo zranione i nieszczęśliwe. Dlatego nie czuję wobec nich nienawiści czy złości. Wiem, że jako chrześcijance jest mi łatwiej. Mam konkretne wskazówki, które pokazują, którędy mam iść i nadzieję na lepsze. Co najważniejsze, wiem, że każde cierpienie prowadzi do dobra, bo przecież taka jest logika chrześcijańska.   Czy jest coś, co chciałabyś przekazać dziewczynie na progu dorosłości? Co jest ważne na etapie wyborów? Jeśli jesteś osobą wierzącą, to kieruj się modlitwą i tym, co jasne. Szukaj drogowskazów w wierze. Mówi się, że „jeśli stawiasz Boga na pierwszym miejscu, to wszystko się układa”. To się sprawdza, bo przecież wiara daje nam najważniejsze drogowskazy: wiarę, nadzieję i miłość. Jeśli jesteś niewierząca, ale poszukująca, to dziewczyny pamiętajcie, że wytrwałość w wyborze jest ważna. Szukajcie swojej drogi i kiedy pojawią się trudności, nie rezygnujcie łatwo z obranej ścieżki. Bo to, co trudne, nieraz prowadzi do pięknych owoców.  

Powiązane artykuły