„Rzymskie wakacje”

Która z nas nie chciała, kiedyś, choć przez chwilę, być księżniczką?

„Gdybym to ja mógł się tak ubrać jak ty, gdybym mógł zdjąć trzewiki i wytarzać się raz w błocie, gdyby mi tego nikt nie bronił, nikt mnie nie pilnował! Koronę dałbym za to!” – zawołał książę Edward do Tomka Canty’ego, słysząc o jego zabawach. Jest w tym – nieco wyrwanym z kontekstu –  fragmencie Księcia i żebraka (czy też precyzyjniej: Królewicza i żebraka, jak przełożył Dehnel) pewna prawda. Dziecko, które może być brudne, to szczęśliwe dziecko. Dzieci potrzebują zabawy, albo chociaż chwili odpoczynku.

Granice dzieciństwa

Kim są owe dzieci? Co definiuje dzieciństwo? Wszak z łaciny definio, definire to ‘wyznaczam granice’. Jakie są granice dzieciństwa? Czy one w ogóle istnieją? Można by szukać odpowiedzi w koncepcji rozwoju Eriksona. Albo momencie osiągnięcia zdolności do czynności prawnych. Albo w osiągnięciu dojrzałości: i fizycznej i psychicznej – jeśli ta ostatnia kiedykolwiek u kogokolwiek w pełni następuje. Wreszcie w momencie wzięcia odpowiedzialności za własne życie – ale znów, cóż to tak naprawdę znaczy?

Jak wartościować dzieciństwo? Janusz Korczak słusznie, jak sądzę, postulował podejście do dziecka jak do „dorosłego”. Jednak nie w sensie ignorowania odmiennej fazy jego rozwoju czy narzucania obowiązków odpowiednich dla człowieka z dłuższym doświadczeniem życiowym (swoją drogą, ilość i jakość nie muszą iść w parze, nawet w takiej kwestii). Chodzi o szacunek i poważne traktowanie.

Adolescencja, jaka jest, każdy widzi. Człowiek nie chce już być nazywany dzieckiem (słusznie), ale ze światem „dorosłych” też się jakoś nie identyfikuje. Co więcej, pomimo takich aspiracji, odczuwa potrzebę buntu – i często ją realizuje (jak dla mnie, również słusznie). Osobną sprawą jest to, że „dorośli” często z jakiegoś powodu udają lepszych, ogarniających swoje życie, radzących sobie z problemami. To często nieprawda. Silny jest naprawdę ten, kto przyzna się, że sobie nie radzi – bo każdy sobie w jakiejś sferze nie radzi. I nie ma w tym absolutnie nic złego. Niezależnie od wieku, jesteśmy ludźmi (cóż za niesamowite odkrycie, czyż nie?). Masz prawo sobie nie radzić. Szukać pomocy. Znaleźć ją.

Trudno być księżniczką

Księżniczka Anna, główna bohaterka Rzymskich wakacji, to właśnie dziewczyna w wieku nastoletnim. Przyszło jej żyć w paradoksie. Jako potomkini wielkiego rodu królewskiego podróżuje po Europie, spełniając funkcję ślicznej lalki, pracującej na dobre stosunki swojego państwa z odwiedzanymi przez nią krajami. Jest to z jednej strony odebranie jej dzieciństwa – czasu, który powinna spędzić na poszukiwaniu tożsamości, popełnianiu błędów i niewinności. Na jej barki zostaje włożony ogromny ciężar dyplomacji. Rzecz barbarzyńska ze strony abstrakcyjnych „tych”, którzy jej to zadanie powierzyli (czy narzucili), nawet jeśli sprowadza się ono do wygłaszania napisanych „przez kogoś” przemówień i nic nie znaczących frazesów. A może to właśnie tym bardziej upadlające. Bo z drugiej strony to, jak traktuje ją jej dwór (pars pro toto polityki ojczystego kraju), księżniczkę upupia (pozdrawiam Gombrowicza ;)). Jej dzień zostaje zaplanowany co do minuty, reakcje na kolejne zdarzenia przewidziane, a odpowiedzi – wyuczone. Nic dziwnego, że bohaterka nie wytrzymuje. I ucieka.

Tu zaczyna się komedia romantyczna. Wcześniej niby też była komedią (przy scenie z butem nawet się uśmiechnęłam), ale w gruncie rzeczy, podszytą tragedią jednostki. W moim close readingu filmu, w każdym razie. W nocy, plącząc się po Rzymie, Anna natrafia na Joego Bradleya. Dziennikarza, nieszczególnie oddanego swojej pracy, który… no cóż… bardzo łatwo pozbywa się pieniędzy zarówno swoich, jak i cudzych… zwłaszcza cudzych. On i jego przyjaciel, dwaj janusze biznesu,  wpadają na genialny plan: przeprowadzą z księżniczką Anną taki wywiad, jakiego jeszcze nie było. I oczywiście dostaną za niego kilka tysięcy (na poczet tego Bradley wydaje masę kasy, której nie ma). Obaj odgrywają szopkę, udając, że nie rozpoznali potomkini królewskiego rodu. Sama Anna twierdzi, że uciekła ze szkoły, pewna, że nowi znajomi nic nie podejrzewają. Dodatkowo do wielkiej improwizacji zmuszony jest jej dwór, który dla zachowania pozorów przekazuje mediom, że księżniczka zaniemogła. Oczywiście wywołuje to wielkie zaniepokojenie w jej kraju…

Chciałabym móc napisać, że księżniczka Anna nigdy nie istniała, że to fikcja filmowa. No… nie całkiem. Dalton Trumbo, pisząc scenariusz, inspirował się prawdziwym wydarzeniem z życia księżnej Elżbiety (obecnej królowej brytyjskiej), która zachorowała w czasie podróży do Włoch. Była wtedy starsza niż przedstawiona tu Anna, nie sądzę też, by uciekła nocą z ambasady. Skoro jednak scenariusz do filmu Wylera bazuje na faktach – dlaczego cała reszta miałaby być fałszywa?, przynajmniej na warstwie idei. Czyż nie ma ludzi, będących marionetkami innych? Czyż nie bagatelizuje się narzucania młodym osobom zadań, będących ponad ich siły? Czyż nie odbiera się dzieciństwa tym, którzy na to zasługują, tylko dlatego, że jakiś „dorosły” uznał to za ambitniejszą drogę niż zwykłe życie?

Spoiler: księżniczka Anna wraca. Opanowana. W poczuciu obowiązku. Oddana swojemu państwu. Dobrze? Niedobrze? – Jak sądzisz?

Tagi związane z artykułem
, , , , , ,
Napisane przez
Więcej od Dominika Paluch

„Rzymskie wakacje”

Która z nas nie chciała, kiedyś, choć przez chwilę, być księżniczką? „Gdybym to ja mógł się tak ubrać...
Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.