Sens zimy i inne opowieści

Przez długie lata rytualnie narzekałam na zimę: że ciemno, że mokro, że białe gie pada i w jakim my strasznym klimacie żyjemy. Odmieniło mi się, jak i w wielu innych dziedzinach, kiedy zaczęłam dużo chodzić, biegać i jeździć na nartach. Nagle śnieg okazał się miłym sprzymierzeńcem – pada, czyli da się jeździć! Okazało się też, że po zmroku nadal da się chodzić z kijami (odblaski, czołówka i w drogę). Odśnieżanie jest znakomitą formą fitnessu, istnieje nawet ćwiczenie z kettlem zwane „szuflowaniem”, ale o ileż przyjemniej pomachać prawdziwą łopatą i poprzerzucać prawdziwe ciężary (kiedy trzeba to zrobić trzeci raz danego dnia, entuzjazm trochę słabnie, ale opowiadam sobie wtedy o imponujących mięśniach grzbietu, które już wkrótce mi się zarysują na plecach).

 Po co to piszę? Ponieważ zima jako taka się nie zmieniła – zmieniło się moje nastawienie, zmieniła się narracja – zmieniło się to, co nazywamy opowieścią. Wszyscy ją mamy – opowieść o sobie samym, o naszej rodzinie, o tym, co nas spotyka. Nasza Szeherezada snuje wątek według pewnych zasad: historia może być na „tak” albo na „nie”. Mogę interpretować obiektywne fakty na swoją korzyść albo niekorzyść, i mogę z nieszczęścia czerpać siłę albo użyć go jako kolejnego argumentu na potwierdzenie tezy, że świat jest zły.

Umówmy się, że moja wewnętrzna Pollyanna nie zawsze działa, ale jeśli odczuwam dojmujący bezsens egzystencji i wszystko się sprzysięga przeciwko mnie, to znaczy ani chybi, że zbliża się okres albo muszę iść do spowiedzi. Albo jedno i drugie. W normalnym trybie generalnie miło mi się żyje i zdecydowanie uważam, że ludzie są fajni – ogromna w tym zasługa mojej mamy, która niezłomnie interpretowała wszelkie zachowania na czyjąś korzyść, albo – jeśli się już naprawdę nie dało – wzdychała „Każdy żyje, jak umie” i kończyła temat. Prosiłam o historie z jej dzieciństwa, „jak to było wpiyrwej” (jestem ze Śląska). I mama roztaczała przed moimi oczami całą feerię cudownych, hojnych, czułych na krzywdę ciotek, sąsiadów czy babć. Wymieniała skrupulatnie, jakby przeglądała szkatułkę z klejnotami, kolejne marcepanowe zajączki, wstążki do warkoczy, patyczki z kolorowej wierzby i inne drobiazgi, które dostała jako mała dziewczynka. Wspominała znakomite zabawy (kultowa była epicka saga pod ogólnym tytułem „Jak pan Erich wdepnął w kupę”, pełna tak zwanych małych realiów). A tak naprawdę jej dzieciństwo było obiektywnie ciężkie, ubogie i niewesołe – tuż po wojnie, bez ojca, z zapracowaną mamą. Mogła tak to przedstawić i taką opowieść snuć: byłam biedna, nie miałam butów, mama zapomniała mi dać patyczki do szkoły, babcia kazała nam się bawić poza domem i musieliśmy sobie wykopać latrynę i moje życie jest złe i smutne. Wybrała wdzięczność i radość, zawsze powtarzała, że to z Bożą pomocą jej przychodzi ta umiejętność – pewnie tak, ale znowu – to ona zdecydowała, że o nią poprosi.

Spróbuj dzisiaj opowiedzieć sobie samej miłą, kojącą historię o interesującej, niegłupiej dziewczynie, która ma szczęście do ludzi, i którą spotykają ciekawe, ładne rzeczy. Na przykład – spadł śnieg!

Tagi związane z artykułem
, ,
Napisane przez
Więcej od Marcelina Metera

Sens zimy i inne opowieści

Przez długie lata rytualnie narzekałam na zimę: że ciemno, że mokro, że...
Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *