Świąteczne wspomnienia, czyli Święta kiedyś i dziś

Co roku, zanim na grobach dopalą się zaduszne znicze, świat ogarnia przedświąteczny szał. Od początku listopada w sklepach można znaleźć bożonarodzeniowe dekoracje i gadżety, a wszystko okraszone grubą warstwą promocji. Witryny sklepowe coraz wcześniej przybierają świąteczny wystrój, a po natężeniu reklam atakujących nachalnie skrzynkę odbiorczą oraz wyskakujących z każdej witryny internetowej czy portalu społecznościowego można domyślić się, że nadchodzą święta. Na pewnym portalu użytkownicy wklejają swoje świąteczne zdjęcia już od początku grudnia, a na dwa tygodnie przed świętami chwalą się choinkami, światełkami i mnogością prezentów piętrzących się pod udekorowanym drzewkiem. Zastanawiam się, co tak naprawdę jest świętowane, skoro nawet w hash-tagach pod postami coraz częściej spotkać można „happy xmas” albo „happy winterholidays”. Ten szaleńczy, wręcz obłąkańczy pęd sprawia, że gubi się to, co w świętowaniu najważniejsze.

Tradycje moich Dziadków

Niczym Gandalf na Moście Khazad-Dûm, przedświątecznej gorączce i amokowi zakupów mówię stanowczo – „nie”. Niczym strażniczka Domowego Ognia staję na straży pamięci i tradycji Bożonarodzeniowych naszej rodziny. Tradycji i pamięci o przodkach, które chcę przekazać naszym dzieciom.

W mojej pamięci jest Boże Narodzenie, które co roku obchodziliśmy w domu Dziadków. Zawsze przypominam sobie przedświąteczne przygotowania. Całe życie rodziny przenosiło się w tych dniach do kuchni. Najbardziej pamiętam bigos, który gotował się już od dwóch, trzech dni, bogaty w mięsa, grzyby, suszoną śliwkę i składniki tylko mojemu Dziadkowi wiadome. Nie mogliśmy się wprost doczekać, kiedy ów przebogaty wytwór Dziadziusiowych rąk znajdzie się wreszcie na talerzach. Zadatkiem przyszłych doznań smakowych był  zapach unoszący się z garnka i wypełniający każdy zakamarek mieszkania moich Dziadków. Ów zniewalający aromat skutecznie podrażniał nasze zmysły i działał jak drink energetyzujący, tym bardziej że praca w kuchni trwała często do późna. W domu Dziadka tradycją było bowiem pieczenie wszystkich ciast w domu, podczas gdy piekarnik był jeden i niezbyt duży. Gotowanie i trzykrotne mielenie maku (ręcznie, w maszynce do mięsa) wymagało siły i zarezerwowane było dla mężczyzn. Na zmianę więc Tata z Dziadkiem mielili ugotowane w mleku czarne ziarenka maku. Do dzisiaj pamiętam Dziadka, który wyrabiał półhurtowe ilości ciasta drożdżowego na placki, makowce oraz paszteciki. Kiedy piszę te słowa, nie tylko stają mi przed oczyma te obrazy, nie tylko czuję zapachy przedświątecznej kuchni, ale też słyszę huk, z jakim podrzucone przez Dziadka ciasto drożdżowe spadało na stolnicę, co miało sprawić że wyroby będą lepiej wyrośnięte i po prostu smaczniejsze. Uwielbiałam obserwować, jak takie wyrobione ciasto wyrasta sobie pod lnianą ściereczką, w misce ustawionej we wnęce nad kaloryferem, na tej samej, gdzie wcześniej suszyły się skórki pomarańczowe.

Kiedy wspominam Boże Narodzenie w domu Dziadków, widzę siebie jako dziecko. Stoję w ciemnym pokoju i przez szybę zaglądam do dużego pokoju, w którym stoi ubrana i już rozświetlona światełkami choinka. Mogłam tak stać bardzo długo gapiąc się na rozproszone na grubej szybie kolorowe światła. Wyobrażałam sobie, że przeniosłam się do baśniowej krainy…

Zwyczaje wigilijne

W Wigilię pościliśmy od rana. Mnie jako dziecku wolno było zjeść kanapkę ze śledziem, a potem dobrze było zniknąć z kuchni, gdzie temperatura przygotowań osiągała swoje maksimum. Wtedy jedno nierozważne słowo groziło samozapłonem, wybuchem czyli katastrofą… Bardzo lubiłam pomagać przy nakrywaniu do stołu. Obrus oczywiście był biały, a zastawa – świąteczna. Zgodnie z tradycją stawialiśmy o jedno nakrycie więcej.  Przed Wieczerzą mój Dziadek znikał. Szedł z opłatkiem do sąsiadów. W tym czasie Babcia pomagała mi się przebrać i szukałyśmy pierwszej gwiazdki na niebie. Wtedy to miała też miejsce rzecz niezwykła – przychodził „Mikołaj”. Zawsze z workiem pełnym prezentów. Kilka razy zdarzyło się, że mogłam usiąść Niezwykłemu Gościowi na kolanach. To były bardzo… Dziadziusiowe kolana i nawet brak palca ukrywany w Dziadziusiowej rękawiczce był tak bardzo znajomy. W kolejnym roku „Mikołaj” wypchał to miejsce watą 😉 A raz „Mikołaj” długo nie przychodził, za to na schodach słychać było jakiś rumor. Kiedy wreszcie przyszedł, był nieco poobijany, a co ciekawsze, kiedy Dziadek wrócił od sąsiadów, to też był poobijany. Czyżby wpadli na siebie Dziadek i Mikołaj?

Prezenty wolno było otworzyć dopiero po spróbowaniu wszystkich wigilijnych dań i przed słodkościami. Najbardziej pamiętam ozdobne torby z pomarańczami, mandarynkami i słodyczami, których nie jadłam na co dzień.

Teraz się wiele zmieniło

Od czasu gdy byłam mała, zmienił się świat. Nie ma już z nami moich Dziadków, nie ma krzątaniny w ich maleńkiej kuchni, nie ma grubych szyb, przez które można było podziwiać baśniowe rozbłyski choinkowych lampek. Teraz wszystko wolno (choć nie wszystko przynosi korzyść). Nie trzeba stać przez całą noc w kolejce, by zdobyć mięso albo wędliny na świąteczny stół. Patrząc na dzisiejszy świat z boku, można odnieść wrażenie, że chodzi tylko o to, by xmas było bardziej kolorowe, bardziej świecące, choinka wyższa, prezentów więcej, wszystko bardziej magiczne… Tylko czemu taka pustka w sercu, skąd taka tęsknota? Mam wrażenie graniczące z pewnością, że zamykając drzwi naszej rodziny przed całym tym jazgotem, kultywując rodzinne tradycje wyniesione z naszych rodzinnych domów, czy wreszcie przeżywając Adwent, w naszej rodzinie na Boże Narodzenie rzeczywiście rodzi się Zbawiciel świata, Emmanuel – Bóg, który jest z nami.

Tagi związane z artykułem
,
Napisane przez
Więcej od Beata Przykorska

Świąteczne wspomnienia, czyli Święta kiedyś i dziś

Co roku, zanim na grobach dopalą się zaduszne znicze, świat ogarnia przedświąteczny...
Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *