W starym kinie. „Holenderski w siedmiu lekcjach”

Jesień (szczególnie okraszona covidową niepewnością, usilnie wypieraną z pozycji człowieka siedzącego w szafie eskapizmu) to, umówmy się, nie czas największych życiowych przyjemności. Uczniowie bohatersko powracają, lub też wchodzą po raz pierwszy, w szkolne mury. Odzwyczaili się od siebie wzajemnie w słodkim, że tak to arbitralnie ujmę, czasie wakacji, a wcześniej podczas lockdownu, ocenę smaku którego pozwolę sobie zawiesić – rzecz do osobistej refleksji – choć com pomyślała, pomyślałam. Studentom nieubłaganie kończy się swoboda, zajęcia za pasem. Ja zaś szalejąc nad własnym licencjatem, nieco opóźnionym śladem polskich pociągów, szukam sposobu na ucieczkę. Był kiedyś taki mem: jeszcze zamiotę pustynię, i pouczę się do sesji. Ani on zabawny, ani fałszywy.

Moim zamiataniem pustyni stał się, kompromisowy, jeśli sądzić po tytule, film. Holenderski w siedmiu lekcjach. Brzmi edukacyjnie, a jak wiadomo, oświata to ooo, hohoho! Na tytule oczywiście się skończyło. Lekcje są (któż by się spodziewał) metaforyczne, a na domiar złego zasoby internetowe nie przewidziały wersji w żadnym zrozumiałym dla mnie języku. I oto, uzbrojonej w jaką taką znajomość języków z rodziny germańskiej: angielski i dziesięć niemieckich słów, przyszło mi oglądać Nederlands in zeven lesen, tak, po holendersku. (Mój konsultant twierdzi, że czyta się to mniej więcej: nederlands in zejwen lesen).

Wikipedia twierdzi, że film ten początkowo był częścią angielskiego dokumentu o warunkach życia w Holandii, ale tak się złożyło, że rozrósł się do samodzielnej pełnometrażówki, dodajmy, niezbyt dobrze przyjętej przez odbiorców krajowych. Jako arcywybitna krytyczka filmowa niniejszym oświadczam, że jakakolwiek nieprzychylność dziełu van der Lindena to postawa niegodna, i powinna być karana skrajnym ostracyzmem. Choć i mojemu poczuciu estetyki wymierzono policzek: zabrakło tulipanów.

Po tym przygłupim żarcie czas wyjawić prawdziwy powód, dla którego Holenderski… stał się głównym bohaterem tego tekstu. Rok 1948. Dziewiętnastoletnia Audrey Hepburn, czas wojny spędziwszy właśnie w Niderlandach, debiutuje na wielkim ekranie. Tylko i aż tyle. Owszem, nasza kochana Audrey zasłynie pięć lat później rolą księżniczki Anny w Rzymskich wakacjach, dziele kinematografii na znacznie wyższym poziomie, jednak oglądanie jej przez kilka minut w holenderskim filmidełku wzbudza jakąś przyjemność chronologicznego zbieracza.

Co do konstrukcji Holenderskiego w siedmiu lekcjach składa się on z siedmiu (sic!) segmentów, przedzielanych refrenicznymi scenami prezentującymi pana spędzającego dzień w hotelu. Gdybym wiedziała, co znaczą wypowiadane przez niego słowa, zapewne byłabym w stanie określić, czy wzbudzają podziw czy zażenowanie. Ale nie wiem. Dokładny sens filmu musi pozostać w sferze domysłów. Cóż przedstawiają kolejne lekcje? Samoloty (stewardessę-Audrey Hepburn!) i pejzaż Holandii z lotu ptaka. Najwyraźniej typowy poranek: dzieci w szkole, rodzinne śniadanko, stragan nad rzeką. Kanały i architekturę Amsterdamu (chyba pada tam sformułowanie brzmiące jak karakteristik monumentalite de Nederland, ale kto wie czy to prawda…). Mleczne krowy na pastwisku. Holenderskie malarstwo portretowe (można wyłowić Fransa Halsa i Rembrandta). Wieczór w mieszkaniach Holendrów. Niedzielę, z całym dobrodziejstwem popijanej kawusi i relaksu nad wodą.

Nie jest to wielkie dzieło, kultura z pewnością zrodziła słodsze owoce. Ale Holenderskiemu w siedmiu lekcjach nie można odmówić pewnego uroku. Nawet jeśli obrazowanie krętymi ścieżkami prowadzi do skojarzenia z estetyką Polskiej Kroniki Filmowej.

Urzekły mnie dwa momenty, Audrey Hepburn nie liczę. Pierwszy. Lekcja francuskiego w szkole i mnemotechniczne przedstawienie analizowanego słownictwa. Szczególne wrażenie robią narysowane koty. Drugi. Rozmowa telefoniczna pana z hotelu, a konkretnie dziwaczny bełkot wydobywający się z słuchawki. Ostatni raz zauważyłam ten zabieg we Flintstonach, tej wersji polskiego dubbingu nagranej bodajże w latach siedemdziesiątych, albo jakimś Bolku i Lolku. Jest to doświadczenie na swój sposób rozczulające.

Oglądać? Nie oglądać? A można, jak najbardziej. Jeszcze jak.

Tagi związane z artykułem
, , , ,
Napisane przez
Więcej od Dominika Paluch

„Rzymskie wakacje”

Która z nas nie chciała, kiedyś, choć przez chwilę, być księżniczką? „Gdybym to ja mógł się tak ubrać...
Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.