W starym kinie – słówko o parze włóczęgów

Pierwsze spotkania paryskiej bohemy w Chat Noir (czytajcie: sza nłar, Szanowni Państwo) od pierwszych lwowskich słuchowisk ze Szczepciem i Tońciem dzieliło przeszło pół wieku. Choć krakowski Zielony Balonik pękł długo przed powrotem Piłsudskiego z Magdeburga, ba, przed zabójstwem arcyksięcia w Sarajewie, a skamandryci zmuszeni byli wyjść spod Picadora po zaledwie półrocznej zabawie, międzywojenne przedsięwzięcia kabaretowe kwitły.

„A ja tobie, Tońciu, życzem…”

Film „Włóczęgi” w reżyserii Michała Waszyńskiego (ze scenariuszem Emanuela Szlechtera – autora tekstów do muzycznych hitów międzywojnia – i Konrada Toma, równie istotnego dla popkultury, tego od słynnego „Sęka”) to wartościowa próbka niepowtarzalnego klimatu żartu Dwudziestolecia. W rolach tytułowych włóczęgów – wymienieni już – Szczepcio (prywatnie Kazimierz Wajda) i Tońcio (Henryk Vogelfänger). Batiar (bo tak „człowieka ulicy” nazwałby przedwojenny lwowianin), jak każdy, swój honor ma, więc jeśli obieca dziadkowi, że weźmie pod opiekę jego wnuczkę, słowa dotrzyma. Nawet jeśli w grę wchodzi ucieczka przed straszną, w każdym razie na pierwszy rzut oka, babcią-hrabiną albo kradzież (i pieniędzy, i tożsamości). Niezależnie od tego, czy cała przygoda skończy się szczęśliwie…

„Bo gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu?”

Chyba najbardziej znana produkcja z udziałem lwowskiego duetu 1939 roku pozwala widzowi doświadczyć klimatu przedwojennego galicyjskiego miasta (znanego nam jedynie z tekstów kultury, rzecz jasna). Unikalnego, nieprzywracalnego, bo i granice się zmieniły, epoka się zmieniła, ludzie się zmienili. Poza samą obecnością muzyków ulicznych czy stroną wizualną (modą, architekturą i takimi tam) szczególnie istotna jest tu kwestia sposobu mówienia głównych bohaterów. Obecność gwary lwowskiej – tak naturalnej, bo nieudawanej, używanej na co dzień – dowodzi autentyzmu miejsca i postaci.

Dowcip filmu nie wywołuje rechotu, czego teraz coraz częściej domaga się widownia, zazwyczaj z pozytywnym dla niej skutkiem. Wciąż jednak można się delikatnie, a z przyjemnością, po przedwojennemu uśmiechnąć.

Na szczególne uznanie zasługuje kreacja postaci i talent aktorski protagonistów, szczególnie kiedy uświadomimy sobie, że takiego, delikatnie mówiąc, nie najmądrzejszego Tońcia grał człowiek będący z wykształcenia prawnikiem. Godny podziwu dystans do siebie i odporność na snobizm. 😉

„Lwów jest jeden na świecie” – mówi tytuł piosenki szerzej znanej jako „Tylko we Lwowie”. Każde miejsce – w określonym punkcie czasowym – jest jedno na świecie, czy to Lwów, czy Warszawa, czy Górowo Iławeckie. I każde z nich może zapełniać serce kogoś z nas. Zapewne dlatego każdy choć raz w życiu, mniej lub bardziej świadomie, sparafrazował Szczepcia i Tońcia, w miejsce Lwowa wyśpiewując nazwę innego, bliskiego sobie miasta.

https://www.youtube.com/watch?v=lHBiAhiddJ8
Napisane przez
Więcej od Dominika Paluch

W starym kinie. „Holenderski w siedmiu lekcjach”

Jesień (szczególnie okraszona covidową niepewnością, usilnie wypieraną z pozycji człowieka siedzącego w szafie eskapizmu)...
Czytaj więcej

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *