Przyjemność, która uszlachetnia

Przyjemność, która uszlachetnia

Przyjęło się, że cierpienie uszlachetnia. Niektórzy twierdzą, że jest również nieodłącznym warunkiem piękna: Chcesz być piękna, musisz cierpieć… Depilacja, diety, szpilki, ba! zwykłe rozczesanie loków bywa istną torturą… Wyobraźcie sobie: szlachetna i piękna – męczennica. Znajdujesz to w sobie? Znasz ten obraz? To przekonanie? Czym jest to coś w cierpieniu, co miałoby nas uszlachetniać? Wydaje się, że chodzi o cierpliwość i rodzące się z niej męstwo, czyli cnotę, która polega na umiejętności wytrwania w przeciwnościach ze względu na oczekiwane dobro. Gdy coś sprawia ból – fizyczny czy psychiczny – naturalną reakcją jest wycofać się z bolesnej sytuacji. Ból zresztą ma cel fizjologiczny, bo ostrzega przed niebezpieczeństwem i wywołuje łańcuch reakcji, służących ochronie integralności ciała i psychiki. Decyzja, by znieść ból, nie ulec odruchowi ochrony siebie, zrezygnować z czegoś, by – za jakiś czas – osiągnąć coś większego, wymaga odwagi, dyscypliny i kształtuje silną wolę. Jeśli to czynimy ze względu na obiektywne dobro – jakąś wartość uniwersalną – również uszlachetnia. Ale szlachetność można nabywać nie tylko przez samoudręczenie i wyrzeczenia. Zgoda na dobro, przyjęcie daru, dzielenie się sobą lub tym, co mam, w sposób, który nie rodzi dyskomfortu czy bólu, ale pomnaża moją radość i satysfakcję, też jest drogą nabywania szlachetności duszy – wielkoduszności względem siebie i innych. Wielkoduszność, nawet względem samego siebie, to nie to samo, co samolubstwo czy egocentryzm. Przyjemność, która uszlachetnia. Rzadko tak przychylnie o niej myślimy. Przez przyjemność wieki była na cenzurowanym, a dziś wręcz odwrotnie – każda przyjemnostka urasta do nie lada zasługi. Jakby nagle szczytem męstwa stało się być dla siebie dobrym. Warto to uporządkować, by nie zagubić się między przyjemnością czerpaną z dobra a błahostką. Jest taka sfera przyjemności, błogości w życiu, którą każdy ma gdzie indziej. Dla jednych będzie to cichy odpoczynek, chwila samotności, dla innych czas beztroskiej zabawy albo odpuszczenia chwilowej kontroli w jedzeniu, stylu, zachowaniu, uczuciach, w planie dnia. Dobra przyjemność to świętowanie – zgoda, by mój czas wyglądał nieco inaczej, niż zazwyczaj dyktują to moje priorytety czy najważniejsze przekonania. Dlaczego miałby być inny? Bo człowiekowi po prostu się należy. Bo nawet Bóg siódmego dnia odpoczął. I to jest pierwszy warunek szlachetnej przyjemności – odpuszczać kontrolę należy z klasą. Nie musi to kończyć się blamażem i wstydem. Świętowanie ocala nas przed wyczerpaniem, wypaleniem, ale i przed pychą. Stawia nas w obliczu prawdy, że nie możemy być cały czas na 100%. I to ten element jest tym, co uszlachetnia uprawianie przyjemności. Jakaś słodka słabość? Jakiś dyskretny snobizm? A może małe szaleństwo na zakupach?... Jest jeszcze jedna wartość takiego odpuszczania. Gdy powracamy zrelaksowani na właściwe tory, widzimy, że ta uporządkowana, zdyscyplinowana codzienność, to nie rutyna, bezsensowne życie „na automacie”, ale codzienny wysiłek w decydowaniu nieustannie i niezmiennie w tych samych, drobnych sprawach. Mamy szansę dostrzec w tym wysiłek budowania czegoś dobrego i trwałego. A co najważniejsze – dzięki świętowaniu wiesz, że czynisz to w wolności, choć wywierając na siebie pewną presję. Zwłaszcza, kiedy to jest poniedziałek rano…

Powiązane artykuły